Korposzczur Stefan

Mam na imię Stefan, lat 25, stan cywilny: bezwolny,  stan majątku: złupiony z ostatniej złotówki

Przyjąłem się do pracy w krainie świdrów. Sprzedaję wiertła, a raczej nie ja tylko szereg sprzedawców wypuszczanych na ulicę i chodzących pod domach, ale nie żeby rozmawiać o wierze, tylko o…wiertłach. Czasem wyobrażam sobie jak wychodzą ci sprzedawcy z tej naszej firmy, jeden za drugim, jak te chomiki w Zwierzogrodzie (może oglądaliście, przednia bajka), w garniturkach, kiwają główkami i jak w sznurku, każdy idzie pod odpowiednie drzwi, uśmiecha się, i stara się zrobić wrażenie na kupujących. Ale kto kupuje wiertła w ten sposób? Jeśli gospodynie domowe polują raczej na garnki, łyżki, odkurzacze i pościele…

Z zamyślenia wyrwał mnie piskliwy głosik mojej przełożonej…często zdarza mi się wędrować myślami poza obręb murów mojego więzienia, które popularnie nazywa się pracą…niektórzy nawet powinni nazywać ten kilkupiętrowy budynek domem, ponieważ prócz tego, że spędzają tu więcej czasu niż powinni, mają także tutaj już swoje rodziny. Drugich mężów, żony, przyszywane dzieci i przełożoną, która chciałaby być dla nich jak rodzona matka, a częściej przypomina harpię wysysającą z nich wszystkie pozytywne emocje…

-…widzicie tutaj te ilości? – Helena jeździła po tablicy żółtym flamastrem. Gapiłem się na to i spojrzałem na resztę zespołu…wszyscy robili poważne miny, zakładając ręce na piersi. Kiwali głowami i pocierali podbródki. Zastanawiałem się czy także i oni rozumieją z tego tyle co ja…czyli nic – Musimy to nadrobić… – kontynuowała zwracając się w naszą stronę.

– Co proponujesz Heleno? High priority i overhours czy też Saturday? Sorry, ale Sunday’e mam very busy z moim life-partnerem…– odezwała się najbardziej zangielszczona dziewczyna, której powaga doprowadzała mnie do śmiechu. Jak cała ta sytuacja…

– Liczyłam na was w tej kwestii – odparła tamta – oczywiście wsparłabym was i możecie na mnie liczyć, jak zawsze z każdym problemem przychodźcie do mnie. Mam jednak nadzieję, że sami postaracie się załatać dziury – mówiła jak o cerowaniu skarpetek, choć przecież wiadomo, że ilości pracy, które nam przydzieliła zapełniłyby czarną dziurę! – pamiętajcie praca zespołowa – klasnęła w dłonie i zakończyła swoim ulubionym hasełkiem – Jaka jest trawa?

– Trawa jest zielona! – odpowiedzieliśmy chórem, bijąc brawa.

– I co z nią robimy?! – zagrzewała nas do boju.

– Malujemy na zielono! – kolejny okrzyk nim pozwoliła nam wrócić do biurek.

Wreszcie mogłem zacząć pracę. Tak naprawdę przyszedłem dwie godziny wcześniej, jak zwykle przed naszym uroczym, zespołowym spotkaniem, by przygotować różnokolorowe flamastry, którymi Helena czasem w nas rzucała przydzielając kolejne obowiązki. Nie wiedząc czemu zawsze dostawałem czerwony, obdarzała mnie przy tym mrugnięciem oka, aż się zastanawiałem czy to jakiś tik nerwowy, póki kolega z biurka obok nie powiedział do mnie:

– Stary – przyjacielsko klepnął mnie po ramieniu, uśmiechając się znacząco, co wzbudziło we mnie agresję, ponieważ nie znoszę, gdy ktoś mnie dotyka, zwłaszcza, że nie lubię gościa – Helena na ciebie leci.

O zgrozo! Popatrzyłem na nią mimowolnie…a ona jak jastrząb wypatrując swojej ofiary zezowatym spojrzeniem, złapała ze mną kontakt wzrokowy i podniosła się zza biurka, zmierzając w moim kierunku na swoich krótkich nóżkach. „Qrwa” – zakląłem w myślach.

– Stefan – powiedziała podchodząc do mnie i nachylając się w moją stronę, tak iż nosem prawie dotykała moich włosów, podsuwając mi obfity i uwydatniony przez wycięty dekolt biust. Zmusiła mnie bym patrzył prosto w jej falujące piersi.

– Heleno – odchrząknąłem.

– Tak sobie myślę…. – mówiła wciągając powietrze tak głęboko, że przy wydechu mogłaby zmieść całe piętro biurowca – …czy nie chciałbyś zostać po godzinach? Na przykład dzisiaj?

– Ja…- zachrypiałem chcąc uwolnić się od widoku jej falujących piersi, o których już wiedziałem, że będą mnie nawiedzać w nocnych koszmarach.

– Słyszałam – przerwała mi – że pomogłeś ostatnio Franciszce przy jej dokumentach…dziewczyny są z ciebie bardzo zadowolone…może czas sprawić, żebym ja także była? – dmuchnęła mi prosto we włosy, grzywka poderwała się do góry – Ponoć mieszkasz sam…całkiem niedaleko…może nie byłby to wielki problem – podkreśliła słowo „wielki”, choć patrząc na jej biust po głowie krążyło mi określenie „monstrualny” – gdybyś został dzisiaj dłużej?

– Jak długo? –  spytałem szybko chcąc czym prędzej się jej pozbyć.

Helena wyprostowała się i machnęła niedbale ręką.

– Króciutko…jakieś trzy, cztery godzinki? Świetnie – podsumowała i uznając rozmowę za skończoną odeszła pozostawiając mnie z wyrazem ulgi na twarzy.

– To nieetyczne – mruknął Wojtek, siedzący obok – do mnie nigdy nie podchodzi, zawsze tylko pisze maile… – westchnął z irytacją.

– Ty szczęściarzu – odrzekłem ze szczerą zazdrością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry