Nowe początki, nowy rozdział nowej, nienazwanej książki… nr 5

Wylądowali w błocie. Syl poczuła pod głową rękę Strażnika Nienazwanego, który wyciągnął ją reasekuracyjnie, by ochronić elfkę przed zderzeniem z ziemią. Przybysze poczuli na sobie ciężkie krople rzęsistego deszczu.

– Z drogi! Jazda! – dobiegł ich krzyk.

Strażnik odwrócił twarz, by zobaczyć pędzący na nich powóz ciągnięty przez dwa konie. Zareagował w ułamku sekundy, mocno tuląc elfkę do siebie, przeturlał ich na pobocze, wprost spod pędzących końskich kopyt. Woźnica minął ich szaleńczo gnając zaprzęg, nawet nie oglądając się za siebie na dwójkę przybyszów, którzy teraz podnosili się na nogi.

Strażnik podał rękę Syl, pomagając jej wstać. Dziewczyna odtrąciła ją i wstała chwiejnie o własnych siłach. Elfka trzęsła się z zimna. Przybyli ze słonecznej krainy, do tego świata, szlakiem pomiędzy wymiarami. Lecz po raz pierwszy przybyli ramię w ramię, zapominając na chwilę o tym, że byli wrogami. Mieli na sobie tylko cienkie tuniki i sandały. Elfka czuła jeszcze w nozdrzach dym palonych ciał, a przed oczami widziała umierającą młodą dziewczynę, której nie zdołała ocalić. Poczuła straszne nudności, odwróciła się i zwymiotowała na trawiaste pobocze błotnistej drogi. Opierając drżące ręce na kolanach, trwała w takiej pozycji. Póki nie poczuła ręki Strażnika Nienazwanego na swoich plecach.

– Chodźmy stąd. Musimy poszukać jakiegoś schronienia i dowiedzieć się gdzie wylądowaliśmy tym razem… – rzekł do niej swoim spokojnym głosem, który działał na wszystkich słabych ludzi, którymi manipulował z łatwością… lecz nie na nią.

– Po co mamy szukać informacji o tej krainie, jeśli zniknie ona zaraz po tym, gdy tu przybyłeś? Zniszczysz wszelkie życie tutaj, nim ktokolwiek zdąży odkryć kim naprawdę jesteś… – Syl odparła monotonnym tonem. Strząsając jego dłoń z pleców. Wycofała się, lekko odwracając do niego.

– Taka moja rola. A ty znów będziesz starała się mi przeszkodzić, jak to masz w zwyczaju. – Uśmiechnął się do niej lekko.

Gdyby nie to, że elfka była wycieńczona, zziębnięta i ciągle miała przed oczami tych wszystkich, którzy spłonęli w pożarze na jej oczach zaledwie chwilę temu… gdyby nie to, obruszyłaby się na stojącego przed nią przystojnego mężczyznę. Jego czarne włosy, mokre od deszczu, opadały na czoło, naznaczone blizną w kształcie motyla – znakiem wędrowców szlaku między światami. Jego zimne, niebieskie oczy patrzyły na Syl z sympatią. Obydwoje byli wysocy i szczupli. Ona miała natomiast rude włosy i brązowe oczy oraz spiczaste, elfie uszy. Stali naprzeciw siebie, na wyciągnięcie ręki. Dwoje wrogów, a teraz na rozstaju dróg, wplątani w poprzedniej krainie w wydarzenia, które mieli przewidzieć, a które przyprowadziły ich do tego momentu, niepewnego sojuszu… Elfka pokręciła głową. Nie mogła tak myśleć.

– Nie tym razem, Indark. Mam dość. – Odwróciła się i ruszyła powoli opustoszałą drogą, zatapiając stopy w błocie. Deszcz smagał z każdej strony. A niebo było pochmurne, przyciemnione, jakby zbliżał się wieczór.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry